Śmierć Jana Frycza poruszyła polskie środowisko artystyczne. Aktora żegnają przyjaciele, koledzy z planów filmowych i teatralnych, a także twórcy, którzy mieli okazję z nim pracować. W publikowanych wspomnieniach powraca nie tylko jego niezwykły talent, ale również poczucie humoru, bezkompromisowe podejście do aktorstwa i osobowość, której – jak podkreślają bliscy – nie sposób było pomylić z żadną inną.
Jan Frycz zmarł 15 sierpnia w wieku 72 lat. Informację o jego śmierci przekazał Teatr Narodowy w Warszawie, z którym aktor przez lata był związany. Jak poinformowano, artysta odszedł w rodzinnym domu, otoczony najbliższymi.
Po jego śmierci media społecznościowe wypełniły się wspomnieniami. Niektóre są krótkie, inne bardzo osobiste. Wszystkie pokazują jednak, jak ważną postacią Frycz był dla ludzi, których spotkał na swojej drodze.
Jedno z najbardziej osobistych pożegnań opublikował Borys Szyc. Aktor zamieścił nagranie z Janem Fryczem i wrócił pamięcią do ich wspólnej pracy, rozmów i chwil, które nie miały nic wspólnego z powagą teatralnej sceny.
„Mogę powiedzieć, że po prostu go kochałem” – rozpoczął swój wpis Szyc.
Wspominał Frycza jako człowieka obdarzonego niezwykłym poczuciem humoru, ale jednocześnie aktora, który potrafił rozłożyć rolę na najdrobniejsze elementy i w każdym z nich szukać głębszego znaczenia.
„Nikt mnie tak nie rozśmieszał, nikt tak nie rozkładał roli na części mniejsze i najmniejsze szukając głębszego sensu we wszystkim. Nikt nie śmiał się tak łobuzersko, ciągle było w nim widać młodego chłopaka…” – napisał.
Szyc przywołał również jedno z bardziej szalonych wspomnień – nocne latanie modelem helikoptera po hotelowych korytarzach. Frycza nazwał „esencją aktorstwa, esencją Krakowa, esencją życia”.
„Zawsze osobny a pragnący bliskości. Ależ będę tęsknił Janek” – zakończył.
Poruszające słowa zamieścił także Jakub Żulczyk. Pisarza i Frycza połączyła postać Daria ze „Ślepnąc od świateł”. To właśnie Frycz stworzył w ekranizacji powieści jedną z najbardziej charakterystycznych i zapamiętanych kreacji serialu.
Żulczyk przyznał, że spotkali się zaledwie kilka razy i nigdy nie zdążył powiedzieć aktorowi, jak wiele mu zawdzięcza.
„Byłem pewien, że spotkamy się jeszcze wielokrotnie. Nigdy nie można być pewnym. Wziął Pan sobie postać, którą napisałem i przekształcił ją, przeformował w coś ponadczasowego. Dziękuję Panu” – napisał.
Jana Frycza pożegnał również Kamil Nożyński, odtwórca głównej roli w „Ślepnąc od świateł”. W jego wspomnieniu wybrzmiewa przede wszystkim wdzięczność za wsparcie, którego doświadczył ze strony starszego i znacznie bardziej doświadczonego kolegi.
„Janku! To zaszczyt, że mogłem razem z Tobą pracować. Uwielbiałem słuchać Twoich rad i brałem je bardzo głęboko do serca” – napisał.
Nożyński wspomniał także ich ostatnie spotkanie przy herbacie. Mieli umówić się na kolejne. Opowiedział również o długich rozmowach telefonicznych i o tym, jak wiele znaczyły dla niego słowa Frycza w czasie, gdy jako „naturszczyk” wchodził do świata zawodowego aktorstwa.
„Dodawałeś mi pewności siebie swoimi słowami. Nie jestem w stanie w tym momencie nic więcej napisać. Dziękuję za wszystko!” – dodał.
Do wspomnień wróciła również Joanna Jabłczyńska. Jako młoda aktorka wystąpiła u boku Frycza w niezwykle popularnym filmie „Nigdy w życiu!”. Na Instagramie zamieściła fragment tej produkcji.
„Coraz trudniejszy ten rok. I już nie ma jak powiedzieć na planie: ‘Tato, choooo’” – napisała.
Za pośrednictwem mediów Frycza wspominała także Małgorzata Kożuchowska. Aktorka przyznała, że trudno jej uwierzyć w wiadomość o jego śmierci. Wiedziała, że od dłuższego czasu chorował, ale podkreśliła, że niemal do końca pozostawał aktywny zawodowo i – na tyle, na ile pozwalało mu zdrowie – chciał pracować.
„Janek był kimś, od kogo się bardzo dużo nauczyłam, ale też kto tak upewniał mnie w tym, że ten zawód to jest nie tylko rzemiosło, ale to jest coś więcej. On był niezwykłym absolutnie aktorem” – mówiła Kożuchowska w TVN24.
Szczególnie mocno brzmią słowa Jana Englerta, który przez lata obserwował Frycza zarówno jako aktora, jak i człowieka teatru. W rozmowie z Plejadą podkreślił, że jego odejście jest stratą nie tylko dla najbliższych czy środowiska artystycznego, ale dla całej polskiej kultury.
„Odszedł człowiek, który miał olbrzymi wpływ na polską kulturę, szczególnie teatralną, a także filmową. Człowiek, który miał osobowość. Tą osobowością zarażał i zmuszał do wysiłku wszystkich współtwórców” – wspominał Englert.
Zwrócił uwagę na coś, co w kolejnych pożegnaniach Frycza pojawia się wyjątkowo często: wielkość, o którą sam zainteresowany nigdy szczególnie nie zabiegał.
„Odszedł ktoś, o kim, myślę, że będą mówione komplementy, że jest niezastąpionym, wspaniałym, wielkim aktorem, choć nigdy o to nie walczył. Na tym polegała również jego siła” – mówił.
I zakończył słowami, które mogą być jednym z najkrótszych, a zarazem najbardziej wymownych podsumowań kariery Jana Frycza: „Był wielkim aktorem. Był wielką osobowością. Był kimś, kto miał wpływ również na moje życie. Takim go będę wspominał”.
Po śmierci Jana Frycza pozostały dziesiątki filmowych i teatralnych kreacji. Z pożegnań jego przyjaciół i współpracowników wyłania się jednak jeszcze jeden obraz – człowieka, który potrafił być wymagającym mistrzem, uważnym kolegą, a chwilę później kimś, z kim można było śmiać się do łez. I właśnie za tym Janem Fryczem wielu będzie tęsknić najbardziej.