Robert Lewandowski i Chicago Fire zameldowali się w ćwierćfinale Leagues Cup. „Strażacy” pokonali Cruz Azul 2:1, choć o komplet punktów musieli walczyć niemal do ostatniego gwizdka. Polak spędził na murawie ponad godzinę i od początku był jednym z głównych celów ostro grających Meksykanów. Momentami atmosfera robiła się na tyle gorąca, że interweniował również trener gospodarzy Gregg Berhalter.
Przed ostatnią kolejką fazy ligowej sytuacja Chicago Fire była dość nietypowa. Zespół Lewandowskiego wygrał dwa wcześniejsze spotkania i miał na koncie sześć punktów, ale wciąż nie mógł być pewny awansu. W podobnym położeniu znajdował się Cruz Azul. Stawka bezpośredniego starcia była więc ogromna i było to widać właściwie od pierwszych minut.
Na SeatGeek Stadium jako pierwsi poważnie zagrozili gospodarze z Meksyku. Już w piątej minucie Omar Campos przedarł się skrzydłem i posłał groźną piłkę wzdłuż bramki. Do szczęścia zabrakło niewiele. Niedługo później Chris Brady musiał ratować Chicago po uderzeniu głową Gabriela Fernandeza.
Fire potrzebowało chwili, by złapać właściwy rytm. Gdy gospodarze zaczęli odpowiadać, mecz stał się znacznie bardziej nerwowy. Szczególnie mocno odczuwał to Lewandowski. Meksykańscy obrońcy nie zostawiali mu praktycznie żadnej swobody, a walka często wykraczała poza zwykły fizyczny pojedynek o piłkę.
Polak kilkukrotnie zwracał uwagę arbitrowi na zachowanie rywali, sygnalizując między innymi uderzenia łokciem. Z ławki coraz bardziej nerwowo reagował również Gregg Berhalter. Trener Chicago miał pretensje do sędziego, że ten pozwala zawodnikom Cruz Azul na zbyt wiele.
Mimo sporego napięcia żadnej z drużyn nie udało się przed przerwą znaleźć drogi do bramki. Do szatni zespoły schodziły przy wyniku 0:0, który pozostawiał sprawę awansu całkowicie otwartą.
Po zmianie stron na boisku pojawiło się nieco więcej piłki, a mniej przepychanek i dyskusji. Chicago zaczęło grać spokojniej i nie dawało się już tak łatwo wciągać w prowokacje rywali. Nie oznaczało to jednak, że Cruz Azul przestało być groźne.
W 53. minucie Brady poradził sobie ze strzałem Agustína Palavecino. Chwilę później goście mieli jeszcze lepszą okazję. Trzech zawodników Cruz Azul znalazło się w dogodnej sytuacji przed bramką Fire, ale zwlekali z decyzją tak długo, że wracający Andrew Gutman zdołał odebrać im piłkę.
Niewykorzystana szansa szybko się zemściła.
Chicago ruszyło z odpowiedzią. Dośrodkowanie Philipa Zinckernagela zostało wprawdzie zatrzymane, jednak futbolówka trafiła pod nogi Puso Dithejane. Skrzydłowy z RPA wykorzystał okazję i dał gospodarzom prowadzenie.
Gol całkowicie zmieniał sytuację Fire. W wirtualnej tabeli drużyna wskoczyła na pierwsze miejsce z kompletem punktów. Berhalter uznał wówczas, że może pozwolić sobie na zdjęcie Lewandowskiego z boiska. 37-letni napastnik miał za sobą intensywny tydzień, dlatego szkoleniowiec zdecydował się oszczędzić go na kolejne spotkania.
Zejście Lewandowskiego zbiegło się jednak z coraz mocniejszym naporem Cruz Azul. Meksykanie nie zamierzali pogodzić się z porażką i w końcówce dopięli swego. W 81. minucie wprowadzony z ławki Nicolas Ibanez popisał się precyzyjnym uderzeniem z dystansu i doprowadził do remisu.
Wydawało się, że oba zespoły podzielą się punktami. Chicago zachowało jednak najważniejszy cios na sam koniec.
W 93. minucie ponownie błysnął Dithejane. 22-letni zawodnik zdobył swoją drugą bramkę tego wieczoru i wprawił trybuny SeatGeek Stadium w euforię. Na odpowiedź Cruz Azul nie było już czasu. Fire wygrało 2:1 i przypieczętowało awans do kolejnej rundy.
Chicago zakończyło fazę ligową Leagues Cup z kompletem zwycięstw, jako jedyny klub MLS z takim bilansem. Po stronie ligi meksykańskiej komplet punktów zgromadził również Club Leon.
Teraz przed Lewandowskim i jego kolegami znacznie poważniejszy test. W ćwierćfinale Chicago Fire zmierzy się z Monterrey, czwartą drużyną tabeli MX. Po niezwykle nerwowym wieczorze z Cruz Azul „Strażacy” mogą jednak przystąpić do tego spotkania z dużą pewnością siebie.